Kraj

W IT nie ma miejsca dla związków zawodowych. Zrozumiano? Rozejść się!

Kuriozalny mail szefa Sii Polska podbija internet. Francuz Gregoire Nitot pisze do szefa nowo powstałego związku zawodowego w jego firmie, że jego zachowanie jest „obrzydliwe”, i daje do zrozumienia, że sam po to przeniósł się do Polski, by uniknąć użerania się ze związkowcami.

To niejedyny w ostatnim czasie przypadek, kiedy zakochany w sobie prezes pokazał brzydką twarz neoliberalnego tyrana, bo ktoś śmiał upomnieć się o prawa jego pracowników, albo w ogóle o minimum zdrowego rozsądku w zarządzaniu. Jeśli narastający kryzys ma jakąkolwiek dobrą stronę, to być może właśnie taką, że z hukiem spadają niektóre maski. Tak, będzie o Twitterze, ale później. Bo na naszym podwórku dzieje się wystarczająco dużo.

Jeszcze do niedawna uważało się, że jeśli dana firma osiągnęła sukces, kierująca nią osoba musi być geniuszem. Do tego dochodził stereotyp, że w branży technologicznej dobrze się zarabia, podwyżki to rzecz oczywista, w godzinach pracy uprawia się jogę albo gra na konsoli, na szkolenia latem jeździ się pod palmy, a zimą na narty. I być może w wielu przypadkach to prawda. Problem zaczyna się wtedy, kiedy ktoś z pracowników sugeruje, że ten wyidealizowany obrazek to ściema – albo przynajmniej nie wszystko, co należy o danym miejscu pracy wiedzieć.

Czas kulawych jednorożców

Co takiego wydarzyło się w Sii Polska, że Krystian Kosowski założył związek? On sam mówi w wywiadzie dla Gowork.pl, że chodziło przede wszystkim o niejasną politykę firmy w sprawie wynagrodzeń i podwyżek. Od menedżera bezpośrednio odpowiedzialnego za płace nie udało się uzyskać konkretnych deklaracji, więc Kosowski stanął na czele zakładowej komórki Związkowej Alternatywy i zaproponował koleżankom i kolegom, by do niego dołączyli.

Tydzień później otrzymał od Nitota maila, z którego dowiedział się, że występuje przeciwko firmie, niszczy jej wizerunek w oczach pracowników i zewnętrznych partnerów, psuje atmosferę w pracy (!), a w ogóle –i to jest prawdziwa bomba – Sii nie potrzebuje związków zawodowych, bo na przeróżnych spotkaniach rocznych, w ankietach pod nazwą Great Place To Work oraz w czasie „dni inspiracji” firma bez wytchnienia słucha pracowników i wprowadza zmiany na lepsze. Mówiąc krócej: jest super, jest super, więc o co ci chodzi? Wkrótce potem Kosowski otrzymał wypowiedzenie.

Nitot: związkowcy to ekstremiści

Jeśli nie czujecie jeszcze, że pływacie po uszy w korporacyjnym bulszicie, polecam wpis Nitota na jego blogu. Prezes Sii Polska dogadałby się z Tomaszem Lisem, który za swoją etykę pracy trochę niby przeprasza, ale w sumie to nie, a nawet będzie jej bronił, choć coś tam rzekomo zrozumiał.

Z artykułu na blogu wynika, że pan Nitot nie ma nic przeciwko związkom zawodowym, ale w sumie to chyba ma, a nawet na pewno ma. Kosowski, jak pisze prezes, został zwolniony nie dlatego, że założył związek, ale dlatego, że wystąpił przeciwko Sii Polska. W jaki sposób? Tego Gregoire Nitot nie precyzuje, więc chyba jednak chodzi o założenie związku. Przy okazji pan prezes oddaje się rozważaniom, że „czasami na czele związków stają ekstremiści”. Znowu nie zdradza, co w jego odczuciu odróżnia takiego ekstremistę od kulturalnego i cywilizowanego związkowca. Insynuuje natomiast, że Kosowski wiele razy tracił pracę w atmosferze skandalu i podobno możemy poczytać o tym w sieci.

Strajk paraliżuje Francję. Macron odpowiada przymusem pracy

Ja na takie materiały nie trafiłam. Jedyne, co jeszcze pojawia się online na temat Kosowskiego, to informacja o jego reakcji na łamanie prawa pracy przez jego dawnego pracodawcę, firmę informatyczną Cisco Systems. Jednym słowem, mamy do czynienia nie z „komunistą”, bo tak nazwali go użytkownicy Wykopu, czy „ekstremistą”, jak chce Nitot, tylko z kimś, kto nie siedzi bezczynnie, kiedy czuje się niesprawiedliwie potraktowany.

Prezes Sii Polska w ogóle wydaje się człowiekiem o ponadprzeciętnej wrażliwości, a przy tym rozmiłowanym w używaniu mocnych określeń. List, który otrzymał od przewodniczącego Związkowej Alternatywy Piotra Szumlewicza, nazwał „skandalicznym”, więc pozwoliłam sobie do owego listu zajrzeć, spodziewając się, bo ja wiem, bluzgów? Szantażu? Rozczarowanie było spore, bo Szumlewicz napisał rzeczy raczej typowe w takiej sytuacji: powołał się na polskie przepisy dotyczące związków zawodowych, zwracając uwagę prezesowi Sii Polska, które z nich zostały naruszone w stosunku do Kosowskiego, i zagroził Nitotowi pozwem sądowym, jeśli ten będzie dalej atakował Związkową Alternatywę.

Ciekawszy jest przewijający się w tej korespondencji wątek francuski. Otóż Gregoire Nitot w bezkompromisowo szczerym mailu do Kosowskiego pisze wprost, że wyprowadził się ze swojego kraju, bo przeszkadzało mu tam „zbyt dużo związków zawodowych, zbyt dużo strajków, zbyt dużo skarg, zbyt duża ochrona pracy, zbyt wysokie podatki”. Powiedzmy to prościej: wybrał Polskę w nadziei, że oto trafi do Bantustanu, gdzie bez szemrania, cytując klasyka, zapierdala się za miskę ryżu. Co Szumlewicz wytyka mu w swoim liście: „atakuje Pan francuski model dialogu społecznego, a Polskę traktuje jako kraj, w którym można lekceważyć głos związków zawodowych”.

Panu prezesowi umyka przy tym najważniejsze. Bez względu na to, jaki jest jego osobisty stosunek do ruchu związkowego czy Kosowskiego jako pracownika, bez względu na to, jakie inicjatywy podejmuje jego firma, żeby pracownikom żyło się lepiej (co samo w sobie jest oczywiście dobre), polskie prawo zwyczajnie pozwala pracownikom zakładać związki zawodowe. Nie potrzebują do tego aprobaty przełożonych.

Tiktokerki walczą o jawność zarobków. Pracodawcom też powinno na niej zależeć

Wizerunkowy paradoks całej tej sytuacji słusznie wytyka się na branżowych forach, gdzie pojawiają się głosy, że gdyby w Sii Polska po prostu działał związek zawodowy, pies z kulawą nogą nie zainteresowałby się rzeczywistą sytuacją pracowników tej firmy. Brudy byłyby prane w domu.

Dzięki ekspresyjnemu mailowi Nitota o zarzutach Kosowskiego wobec pracodawcy dowiedział się cały kraj. I to nieco ponad rok od analogicznej sytuacji w mBanku, z której mądrze byłoby wyciągnąć wnioski: tam również wybuchł skandal po tym, jak zwolniono dyscyplinarnie szefa związku zawodowego, mętnie zarzucając mu „rażące uchybienia w zakresie zasad bezpieczeństwa informacji”, gdy w rzeczywistości chodziło o wykorzystanie służbowych kanałów do informowania o inicjatywach związku. Pytanie, jakich kanałów miałby związek używać, skoro działa wewnątrz firmy?

Syndrom Twittera?

Coraz więcej słyszy się o tym, że młode pokolenie nie ma ochoty dawać się wyzyskiwać i mamić obietnicami bez pokrycia. Ku rozpaczy między innymi Marcina Matczaka czy Grażyny Kulczyk nie gustuje też w pracy za darmo po godzinach. W firmach technologicznych średnia wieku pracowników jest dość niska, ich zarobki w miarę wysokie (dlatego, nawet gdy nie będą przez jakiś czas pracować, pewnie przeżyją dzięki oszczędnościom), a umiejętności – poszukiwane (konkurencja przyjmie ich z otwartymi ramionami). Być może ta kombinacja składników decyduje o tym, że coraz częściej to właśnie zatrudnieni w tym sektorze upominają się o swoje prawa pracownicze albo zwyczajnie odchodzą z toksycznego miejsca pracy, bynajmniej nie po cichu.

Strzeżcie się miliarderów niosących w darze wolność słowa

Ostatni znaczący przykład? Pod koniec listopada, po długo zapowiadanym przejęciu Twittera Elon Musk postawił pracownikom ultimatum: nadgodziny lub rezygnacja. Według „Business Insidera” połowa miała zrezygnować. Z roboty u TEGO Muska! Los Twittera, giganta na rynku mediów społecznościowych, zawisł na włosku.

W innych firmach także zaczyna się przebudzenie. W Amazonie, który w USA jest drugim co do wielkości pracodawcą, ruszyły w tym roku rozmowy o powołaniu związku zawodowego, a kierownictwo firmy broniło się przed tym tylko nieco bardziej kulturalnie niż prezes Sii Polska: podważało wyniki głosowania i ubolewało nad tym, że problemy będzie musiało rozwiązywać ze związkowcami, a nie „indywidualnie z pracownikami”. Tyle że ci ostatni jakoś nie byli w stanie „indywidualnie” wynegocjować podwyżek czy bezpieczniejszych warunków pracy w warunkach pandemii. Rok temu, wbrew protestom szefostwa, związek zaczął działać w Google. Tam poszło między innymi o dyskryminację ze względu na płeć i kolor skóry.

Nawet w „najfajniejszych firmach na świecie” zdarzają się sytuacje do wyprostowania. Wmawiając opinii publicznej, że związek jest pracownikom niepotrzebny, a nawet utrudniając jego utworzenie, tylko podsyca się podejrzenia, że problemy jednak istnieją i chce się je zamieść pod dywan.

Solidarność w Amazonie. Czy Ameryka da drugą szansę związkom zawodowym?

Branża Big Tech, która latami opowiadała cuda o oferowanych przez siebie warunkach pracy, w końcu musi się przyjrzeć temu, co realnie myślą pracownicy. I zacząć realizować ich postulaty, a nie wychodzić z założenia, że szczęście to praca ponad siły dla bajecznie bogatych wizjonerów. Tę branżę naprawdę stać na to, żeby pokazać właściwy kierunek reszcie rynku pracy.

__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Karolina Wasielewska
Karolina Wasielewska
Autorka książki „Cyfrodziewczyny”
Autorka tech-feministycznego bloga Girls Gone Tech.pl i reportażu o pionierkach polskiej informatyki „Cyfrodziewczyny”, który ukazał się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.
Zamknij